RSS
czwartek, 14 października 2010
Zaraz wracam

Niestety musiałem wstrzymać pisanie bloga ze względu na kradzież (!) laptopa (!!!) w Chinach, 5 dni przed powrotem do Polski.

Wkrótce opiszę ostatnie, dramatyczne dni mojego pobytu w Chinach. Już na nowym komputerze.

14:23, bartolomeos.pl
Link Komentarze (6) »
piątek, 24 września 2010
Z plecakiem przez Chiny (4): W drodze...

19 września o 7:30 rano opuściliśmy Tangkou. Pan Cheng zarezerwował nam bilety na autobus do Wuhan skąd mieliśmy złapać autobus lub pociąg do Guilin, a stamtąd udać się do bajkowego Yangshuo – ostatecznego celu podróży.

Podróżowanie autobusem po Chinach tym różni się od podróżowania pociągiem, że przynajmniej można mieć pewność, że będzie się siedziało. Poza tym należy się liczyć z wieloma bardziej lub mniej oczywistymi niedogodnościami. Przykładowo Chińczycy mają irytującą skłonność do rozmawiania podniesionym głosem z licznymi okrzykami. Czasem nie wiadomo czy kłócą się czy zwyczajnie rozmawiają, na przykład o tym co zjedli na śniadanie. Dałbym wiele, żeby móc zrozumieć te ich hałaśliwe „rozmowy”. W trakcie 12-godzinnej podróży byłem świadkiem kilku takich konwersacji, z których co najmniej jedna była kłótnią o miejsce. Kilka osób strasznie krzyczało na siebie żywiołowo przy tym gestykulując. Sytuację wyjaśnił dopiero kierowca. Zainspirowani tym wymyśliliśmy z Russ’em nowy język – tangerine co znaczy mandarynka, w odróżnieniu od mandarine, czyli mandaryńskiego. Polega to na tym, że rozmawiamy po angielsku podniesionym głosem z wieloma wykrzyknięciami i chińskim akcentem, tak jak robią to Chińczycy. Ludzie patrzą się na nas z zaciekawieniem.

W autobusie po raz pierwszy doświadczyłem na własnej skórze, że obcokrajowcy są w Chinach na specjalnych prawach. Na postoju chciałem coś przekąsić i kupiłem sobie w sklepie zupkę chińską, którą następnie zalałem i zacząłem jeść. Niestety nie wiedziałem ile postój ma trwać. Oczywiście po chwili wszyscy zaczęli wsiadać do autobusu, a ja nadal dmuchałem na gorącą zupę. Chciałem ją wziąć do środka, ale mi nie pozwolili. Kierowca powiedział mi z uśmiechem na ustach, że poczeka aż zjem. Tak więc spokojnie jadłem swoją zupę, a z okien autobusu spoglądało na mnie około 40 par chińskich oczu. Nie chciałem testować ich cierpliwości, więc po chwili zostawiłem zupę koło kosza i załadowałem się do środka. Założę się, że gdybym był Chińczykiem zostałbym niemiłosiernie skrzyczany i zrugany. Białemu wolno więcej.

Do Wuhan dotarliśmy wieczorem po męczącej 12-godzinnej podróży z jedną przesiadką. Zameldowaliśmy się w hostelu i następnego dnia ruszyliśmy w miasto kupić bilety. Chcieliśmy wydostać się z tego miasta jak najprędzej. Wuhan, choć olbrzymi, nie jest specjalnie atrakcyjnym miejscem. Klimat w tym położonym w środkowych Chinach mieście jest wyjątkowo duszny i gorący – nie bez kozery miasto ma przydomek „piec nad Jangcy”.

Gdy się podróżuje w Chinach pierwszą rzeczą jaką się robi po przybyciu na miejsce to kupno biletów na dalszą podróż. Bilety na pociąg na miejsca leżące rozchodzą się jak świeże bułeczki, zazwyczaj na tydzień przed odjazdem. Zostają tylko bilety na miejsca siedzące, a jak się sam przekonałem spędzenie około 15 godzin w pociągu nocnym siedząc nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Tak więc nie było szans aby kupić bilety kolejowe na kuszetkę z Wuhan do Guilin na ten sam dzień. Inaczej rzecz ma się z biletami na autobusy nocne z miejscami do spania – zazwyczaj można dostać je w dzień wyjazdu. Udało nam się je kupić i około 20 opuściliśmy Wuhan. Sam autobus zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie – znajduje się w nim około 15 piętrowych łóżek rozmieszczonych w trzech rzędach, co daje 30 miejsc do spania. Mieliśmy bardzo wygodne spanie na końcu autobusu, może nieco przykrótkie. Na szczęście łóżka przed nami były wolne i można było wyciągnąć nogi. Do Guilin dotarliśmy 21 września około 8 rano wyspani i wypoczęci.

08:27, bartolomeos.pl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 września 2010
Z plecakiem przez Chiny (3): Góry Huangshan

Rankiem 17 września pożegnałem Szanghaj. Moim kolejnym celem były góry Huangshan – jak twierdzą znawcy najpiękniejsze góry w całych Chinach. W autobusie poznałem piątkę brytyjskich studentów z Bristolu i jednego Londyńczyka, który tak jak ja podróżował samotnie. Wszyscy zmierzaliśmy w góry Huangshan. Londyńczyk nazywał się Russ, był moim rówieśnikiem, strażakiem, który po pięciu latach pracy postanowił zrobić sobie rok przerwy na podróż dookoła świata. Takich jak on nazywa się career-breakers, czyli w dosłownym tłumaczeniu „przerywacze kariery”. Obaj mieliśmy zaplanowaną tą samą trasę i postanowiliśmy na jakiś czas złączyć siły.

Kierowca wysadził nas w jakiejś zapadłej mieścinie przy garażu, który jakoby miał być dworcem autobusowym. Ja i Russ mieliśmy zarezerwowane miejsca w hostelu, o którym wiedzieliśmy tylko tyle, że leży niedaleko stacji kolejowej. Zacząłem wypytywać napotkanych Chińczyków o dworzec, ale każdy kręcił przecząco głową. Po chwili zjawił się mały i energiczny Chińczyk, który miał jedną podstawową zaletę – mówił biegle po angielsku. W takiej mieścinie to niemalże cud. Od niego dowiedzieliśmy się, że wylądowaliśmy w miejscowości Tangkou położonej zaraz u podnóży gór Huangshan. Tymczasem nasz hostel znajdował się w mieście Tunxi, znanym również jako Huangshan City, położonym o półtorej godziny jazdy z Tangkou i gór Huangshan. Mister Simon Cheng, bo tak się przedstawił nasz Chińczyk, zaproponował nam nocleg w pobliskim hotelu, jedzenie w swojej restauracji i ogólnie wszystko czego może potrzebować turysta. Na jego korzyść przemawiał fakt, iż jego nazwisko i restauracja zostały wymienione w przewodniku Lonely Planet (a jest to biblia wszystkich podróżników) jako najlepszy (i jedyny) kontakt w miasteczku. Stanęliśmy przed dylematem – czy jechać do hostelu w Tunxi czy zostać w Tangkou i oddać się „pod opiekę” Pana Cheng. W Tunxi jest stacja kolejowa, z której mieliśmy kontynuować podróż, a bilety trzeba było kupić niezwłocznie. Jednak Cheng obiecał, że załatwi nam bilety, tak samo jak dowóz na szlak, a nawet nocleg na szczycie. Jedyne czego nie mógł załatwić to dostęp do Internetu – w całym miasteczku cudzoziemcy mieli zakaz korzystania z Internetu w kafejkach (sic!). Po krótkiej naradzie cała siódemka – 6 Anglików i Polak – zdecydowała się zostać w Tangkou i powierzyć swój los rezolutnemu Chińczykowi.

Nie zawiedliśmy się. Pokoje hotelowe były schludne i tanie. Jedzenie w restauracji mogło zadowolić najbardziej wybredne podniebienie. Bilety na autobusy i pociągi dostaliśmy na czas. Rano zostaliśmy dowiezieni na szlak skąd mogliśmy rozpocząć naszą wędrówkę.

Góry Huangshan nie należą do najwyższych – największy szczyt ma zaledwie 1863 metry. To co je wyróżnia od innych gór to niespotykane widoki olbrzymich granitowych formacji skalnych o kształtach „nie z tej ziemi”, których wierzchołki w pochmurną pogodę toną w żółtych chmurach (Huangshan znaczy żółte góry). Góry słyną także z gorących źródeł, malowniczych wodospadów i porastających pionowe skały sosen. Od samego początku szliśmy wzdłuż górskiego potoku, który spływał z gór tworząc urokliwe wodospady (w sumie 9). Po około trzech godzinach wędrówki dotarliśmy do dolnej stacji kolejki linowej, która prowadzi w górne partie gór Huangshan. Ja i Russ zdecydowaliśmy się na kolejkę, albowiem mieliśmy spędzić w górach tylko jeden dzień. Z kolei Bristolczycy, którzy planowali przenocować na szczycie, postanowili przebyć całą drogę pieszo. Pożegnaliśmy się i wsiedliśmy do kolejki. Już po chwili mknęliśmy gondolą na górę a pod nami rozpościerały się zapierające dech w piersiach widoki.

W przypadku tak niesamowitych gór jakim jest pasmo Huangshan jakiekolwiek próby opisu ich piękna są z góry skazane na niepowodzenie. To trzeba zobaczyć na poniższych zdjęciach lub przekonać się na własne oczy. Co czyni je tak niesamowitymi to ukształtowane na przestrzeni milionów lat granitowe formacje skalne, których ułożenie wydawałoby się przeczy zasadom grawitacji. Pionowe wierzchołki nagich szczytów poprzecinane zielonymi wąwozami sprawiają monumentalne wrażenie. Poziomo rosnące sosny o zadziwiających kształtach porastają gołe skały. Każda góra, każda większa skała, każda charakterystyczna sosna mają swoją nazwę odnoszącą się do jej wyglądu. I tak mamy np. „Skałę, która przyleciała z daleka” o nieziemskim ułożeniu czy też „Witającą sosnę” o kształcie jakoby zapraszającym turystów. Natura potrafi stworzyć największe cuda świata.

Góry Huangshan nie należą do tanich. Samo wejście do „rezerwatu” kosztuje około 110 zł, szlak 9 wodospadów to kolejne 30 zł, bilet na kolejką linową w jedną stronę ok. 40 zł, noc w schronisku na szczycie to minimum 50 zł, posiłek 20 zł. Studenci mają 50% zniżki na bilety wstępu, ale trzeba mieć kartę ISIC, legitymacje krajowe nie wystarczają. Z całej naszej grupy tylko ja byłem jej szczęśliwym posiadaczem. Niemniej jednak tak fantastyczne krajobrazy są warte każdych pieniędzy.

Wielkim minusem są też tłumy pstrykających zdjęcia Chińczyków. Główne szlaki są niemiłosiernie zatłoczone, aczkolwiek można znaleźć jakieś ustronne miejsce. Na szczytach jest zbudowanych około pięciu wielkich kompleksów schroniskowych z pokojami o różnym standardzie. Góry Huangshan na pewno nie należą do dziewiczych i nieodkrytych terenów.

I tak szliśmy z Russem przedzierając się przez grupy Chińczyków i podziwiając nieziemskie widoki, aż stwierdziliśmy, że pomyliliśmy szlaki. Oczywiście zawiodły oznaczenia – nazwy na tabliczkach nie pokrywały się z tymi na mapie. Gdy dotarliśmy do górnej stacji kolejki, którą mieliśmy wracać, okazało się, że jest już zamknięta. Była godzina 18:15, Słońce powoli chowało się za górami, za pół godziny miały zapaść ciemności a my wciąż tkwiliśmy na wysokości około 1500 metrów. O noclegu nie mogło być mowy – mieliśmy zarezerwowane bilety na autobus do Wuhan na 8:30 rano następnego dnia. Przed nami było 5 kilometrów stromego zejścia po schodach przez las. Nagle niemal spod ziemi wyskoczył Chińczyk, który za jedyne 10 zł zaoferował nam mała latarkę. Wzięliśmy ją  w ciemno. Chyba tylko dzięki temu zawdzięczamy, że w drodze powrotnej nie połamaliśmy niczego. Ten półtoragodzinny marsz po schodach w dół wyczerpał nas całkowicie. Około 8 głodni i na chwiejnych nogach dotarliśmy do podnóża góry. Tam wsiedliśmy w taksówkę, która zawiozła nas do restauracji Pana Cheng, gdzie czekało na nas zimne piwo i pyszny posiłek. O 22 padliśmy na łóżka. Wrażeniami z tego dnia można by obdzielić cały tydzień. Nigdy nie widziałem takiej ilości niewiarygodnie pięknych krajobrazów. Góry Huangshan – to trzeba zobaczyć!

Jeden z dziewięciu wodospadów

Kolejka na górę

Orle gniazdo

Skała Która Przyleciała z Daleka. Jej ułożenie wydaje się przeczyć zasadam grawitacji

Nie wiem jak się nazywa ta skała, ale ochrzciłbym ją "Mały Budda" albo "Ostatni Cesarz"

Russ i Drabina Do Nieba

Wisząca Skała

Sosny

Tama

Żółte Góry w chmurach o zachodzie Słońca

Ropuszka

Ten człowiek ma na plecach 144 butelki wody o pojemności 0,55 litra. W sumie około 80 kilo

Russ, Simon Cheng i autor

07:23, bartolomeos.pl
Link Komentarze (4) »
niedziela, 19 września 2010
Z plecakiem przez Chiny (2): Światła Szanghaju

We wtorek 14 września po wyczerpującej podróży dotarłem do Szanghaju. Zameldowałem się w hostelu Mingtown w centrum miasta. Hostel do tanich nie należał, ale miał wszystko co potrzebowałem do szczęścia, czyli wygodne sofy w barze z bezprzewodowym Internetem oraz gorący prysznic. Ponadto  tanią restaurację z europejskim jedzeniem i przyjemną muzyką chillout. Byłem nawet skłonny wybaczyć, że dostałem pokój bez okien a Chińczyk obok chrapał jak niedźwiedź polarny.

Szanghaj zaskoczył mnie swoją nowoczesnością i „europejskością”. Wikipedia podaje, że jest to najludniejsze miasto świata. Tymczasem w porównaniu z Pekinem nie czuło się tego przytłaczającego rozmiaru miasta. Po centrum można chodzić na piechotę, ulice są węższe i bardziej przyjazne dla przechodniów, ruch uliczny nie jest tak intensywny. Szanghaj był pierwszym i największym przyczółkiem Europejczyków w Chinach – niektóre państwa miały tu swoje wydzielone dzielnice, tzw. koncesje, które rządziły się własnymi, narodowymi prawami. Ten stan rzeczy trwał aż do 1949 r., czyli do momentu przejęcia władzy przez komunistów. W Szanghaju jest wciąż bardzo wiele europejskich budynków z pierwszej połowy XX w., które nadają miastu europejski charakter.

Najbardziej efektowne europejskie budynki w stylu art deco znajdują się przy głównym bulwarze miasta Bundzie. Bund to szeroka promenada ciągnąca się wzdłuż rzeki Huangpo, a zarazem główna atrakcja turystyczna w mieście. Z jednej strony mamy wyżej wspomniane budynki, ale wystarczy się obrócić o 180 stopni, a zobaczymy zapierający dech w piersiach widok. Po drugiej stronie rzeki położona jest dzielnica najnowocześniejszych wieżowców – Pudong. Szanghajskie drapacze chmur mają grubo ponad 400 metrów i mogą śmiało konkurować z Manhattanem. Najwyższy z nich – World Financial Center – ma 492 m wysokości i jest trzecim najwyższym budynkiem na świecie (po Burdż Chalifa i Taipei 101). Z wyglądu przypomina… otwieracz do butelek. Został zbudowany dopiero w 2008 r. przez co nie jest uwzględniony w wielu przewodnikach. Wieża Perła Orientu (Oriental Pearl Tower) o wysokości 468 metrów to z kolei znak rozpoznawczy Szanghaju. Po zapadnięciu zmroku wszystkie wieżowce Pudongu zachwycają ferią kolorowych świateł. Również wszystkie statki na rzece są oświetlone w niezwykle efektowny sposób. Futurystyczne obiekty Pudongu stanowią doskonały kontrast dla statecznych i nieco staroświeckich kamienic po drugiej stronie rzeki. Jest to idealne miejsce na romantyczny spacer we dwoje, ewentualnie samemu z aparatem. Takie było moje pierwsze wrażenia gdy dotarłem tam około 10 wieczorem. Kręciłem głową z mieszaniną niedowierzania i zachwytu. Arcydzieło współczesnej myśli architektonicznej.

W środę i czwartek udałem się na Bund za dnia i muszę przyznać, że widok wcale nie traci na atrakcyjności. Wieżowce są zbudowane tak gęsto, że niemal tworzą jednolitą ścianę ze szkła i stali. Udałem się także na taras widokowy „otwieracza do butelek” żeby obejrzeć metropolię z góry. Mógłbym kontynuować „ochy i achy”, ale sam widok najlepiej oddają poniższe zdjęcia.

Pudong nocą. Po lewej Perła Orientu, na dalszym planie podświetlony na niebiesko "otwieracz do butelek".

Po lewej słynny hotel Palace z charakterystycznym zielonym dachem

Pudong za dnia

Bank

Otwieracz w pełnej krasie

People's Square

Widok z World Financial Center ("otwieracz") na wieżę Jin Mao i Perłę Orientu

World Financial Center i Jin Mao Tower - odpowiednio trzeci i siódmy najwyższy budynek świata.

Oprócz Bundu i Pudongu w trakcie trzydniowego pobytu udało mi się odwiedzić dwukrotnie Expo. Jeździłem tam wieczorem, aby uniknąć kolejek i dostać tańszy bilet. Kolejki i tak były, ale podobno mniejsze niż za dnia. Żeby odwiedzić niektóre pawilony (np.  chiński) ludzie ustawiali się pod bramą o 4 nad ranem! Osobiście odwiedziłem pawilony, do których nie trzeba było czekać po pół godziny lub dłużej w kolejce – polski, irański, ukraiński, turecki, holenderski i szwajcarski.

Za pierwszym razem byłem przytłoczony rozmiarem i rozmachem Expo – obszar wystawowy zajmuje powierzchnię dużej dzielnicy. Właściwie jest to miasto w mieście z własnymi autobusami, promami, sklepami i restauracjami. Samo przejście z jednego końca wystawy na drugi zajęłoby około godziny. Po drugie przytłoczyły mnie (ale nie zaskoczyły) tłumy Chińczyków. Nawiasem mówiąc każdy wpis powinienem zaczynać od tego, że Chińczyków jest dużo zawsze i wszędzie – ten aspekt Chin pojawia się niemal w każdym wpisie. Ponad 99% odwiedzających to Chińczycy! Słyszałem nawet opinię, że jest to parodia Expo – nigdy nie było tylu gości z jednego kraju. Przy czym należy wspomnieć o charakterystycznej cesze zwiedzających Chińczyków. Chodzi o to, żeby zobaczyć jak najwięcej, ale niekoniecznie zrozumieć. Główną atrakcją dla niektórych były specjalne paszporty wydawane dla gości Expo – w każdym pawilonie gość dostawał pieczątkę danego kraju. Należy wspomnieć, że zdecydowana większość Chińczyków nigdy nie była za granicą i nie posiada paszportu. Tak więc  zbieranie pieczątek było dla nich wielką atrakcją. Co niektórzy nawet wchodzili do pawilonu tylko po to aby dostać pieczątkę...

Sama wystawa jest podzielona na pawilony reprezentujące państwa (ok. 70) i pawilony tematyczne oraz część komercyjną, czyli sklepy restauracje itp. Z pawilonów które odwiedziłem najlepsze wrażenie zrobił pawilon holenderski ukazujący najnowsze zdobycze techniki holenderskiej oraz tradycyjne produkty eksportowe Holandii, a wszystko to pod hasłem „Happy City”. Również pawilon turecki robił wrażenie. Jego motywem przewodnim było hasło „Turcja – kolebka cywilizacji”, stąd wiele interesujących, historycznych informacji przedstawiony w ciekawy sposób, przy użyciu różnorakich multimediów. Jeśli chodzi o multimedia to należy pochwalić pawilon polski. Miał on w sobie sale kinową 3D, w której był wyświetlany wpadający w oko film animowany Tomasza Bagińskiego brawurowo prezentujący historię Polski od zarania dziejów. Niestety pozostałe filmiki wyświetlane na innych ekranach były za przeproszeniem „do bani” lub „z sufitu”. Na przykład po co komu filmik reklamowy przestawiający firmę PKP Cargo (zapewne jednego ze sponsorów wystawy)? Niestety muszę przyznać, że poza multimediami i restauracją oraz sklepem z polskimi produktami (ale to standard na Expo) pawilon Polski nie miał wiele do zaoferowania. Tajemnicą poliszynela jest, że zaraz na początku wystawy rząd Polski zmniejszył budżet na Expo o 50%, stąd te ubóstwo polskiej oferty. To dość zaskakujące posunięcie, zwłaszcza w świetle wyświetlanych w pawilonie filmów ukazujących polski sukces gospodarczy w dobie światowego kryzysu. Niemniej jednak pawilon Polski był wieki świetlne przez pawilonami irańskim i ukraińskim, o których można powiedzieć tylko, że były (zwłaszcza ukraiński). Zobaczyłem też przedstawienie awangardowego teatru Sfinks z Sopotu na jednym z placów Expo (Szanghaj i Gdańsk to miasta partnerskie). W pamięci utkwiła mi scena, w której trzej mężczyźni przebrani za świętych (apostołów?) dokonują sakramentu Przeistoczenia, z tym że zamiast chleba i wina mamy wódkę, ogórek, kiełbasę i chleb, a w tle leci podniosła i zarazem niepokojąca muzyka. Mocne i odważne… W Polsce wywołało by to burzę. tymczasem Chińczycy nie skumali o co chodzi.

Po zmroku Expo, tak samo jak Bund i Pudong, zachwyca migającymi kolorowymi światłami i ekstrawagancką architekturą. Niektórym efekt całościowy może wydać się nieco kiczowaty. A więc kicz czy wizjonerstwo? Pozostaje jedynie przyjechać i przekonać się na własne oczy.

Jeden z kolorowych cylindrów - symbol Expo

Pawilon chiński

Pawilon polski - na ścianach motyw tradycyjnych wycinanek ludowych

Teatr Sfinks w Szanghaju

21:26, bartolomeos.pl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 września 2010
Galeria ekspatów (2): Stefan

Stefana poznałem stosunkowo późno, w ostatnim miesiącu pobytu w Tiencinie. Zazwyczaj objawiał mi się na imprezach w klubie Sitong migając gdzieś na parkiecie. Sporadycznie widywałem go także  w knajpach dla cudzoziemców, najczęściej przy barze lub krążącego między stolikami. Zawsze radosny, żywy i skory do żartów, z butelką w dłoni, uśmiechem na twarzy i skrzącymi się oczami. Prawdziwy Polak z krwi i kości, który w żadnym wypadku nie wylewał za kołnierz. Stefan doskonale odnajdywał się w międzynarodowym towarzystwie i bez problemu nawiązywał nowe znajomości. Drzemała w nim niespożyta energia. Gdy tylko chciał potrafił być prawdziwą duszą towarzystwa. Uwielbiali go wszyscy, szczególnie geje, mimo, że nie był jednym z nich. Trochę mu zazdrościłem poczucia humoru i łatwości w nawiązywaniu kontaktów. Innym razem potępiałem za brak hamulców w piciu, instrumentalny stosunek do kobiet i oszczędność w mówieniu całej prawdy. Nigdy nie potrafiłem go jednoznacznie ocenić.

Stefan miał jedną wielką słabość, a były nią kobiety. Gdy tylko znajdowaliśmy się w klubie Stefan znikał gdzieś w tłumie ludzi w poszukiwaniu partnerki do tańca. I nie był to grzeczny taniec z trzymaniem za rączki tylko mocno erotyczne pląsy, ciało przy ciele, przypominające bardziej kopulację niż tany. Jednak Stefan nie poprzestawał na tańcu, zwłaszcza jeśli partnerka była przedniej urody. Nie miał tu znaczenia kolor skóry czy rasa, liczyła się namiętność i szaleństwo. Wyglądał wtedy jak zamroczony przez jakiś narkotyk albo, jak kto woli, zaczarowany przez magiczne zaklęcie. Potrafił uwodzić i robił to w wyrafinowany sposób. Gdy miał dobry dzień, a właściwie noc, żadna nie mogła się oprzeć jego feromonom. Nie wiem czy uwierzyłbym w niektóre z jego opowieści, gdyby nie to, że sam byłem ich świadkiem. Imponował mi, przyznaję.

Z klubów wychodził zazwyczaj jako jeden z ostatnich, niekiedy w damskim towarzystwie. Następnego dnia dowiadywałem się nieprawdopodobnych historii, jak ta na przykład gdy o 6 rano jechał taksówką z rosyjską tancerką go-go na dworzec, przy czym nie miał pojęcia po co jedzie na dworzec, ani jak jego towarzyszka ma na imię. Po chwili Rosjanka odebrała telefon od koleżanki, która dostała ataku alergii i musiała zawrócić, aby zawieźć ją do szpitala. Stefan powlókł się do domu przeklinając wszystkie alergiczki świata. Następnego dnia nie wychodził z łóżka aż do wieczora obłożony ciężkim kacem. W takich chwilach wydawał mi się żałosny i niegodny politowania.

Najbardziej zapadła mi w pamięć impreza w klubie na 50. piętrze luksusowego hotelu. Tak się składa, że znaleźliśmy się w tym samym towarzystwie i miałem okazję obserwować jego poczynania z bliska. Stefan pił przez słomkę wódkę z lodem i cytryną i co chwila rzucał baczne spojrzenia na parkiet. Tam tańczyły dwie grupki osób. Znajomi z naszej, zachodniej paczki, czyli cała zbieranina różnej maści ekspatów, oraz grupa Chińczyków, z której wyróżniały się dwie prześlicznej urody Chinki. Obie grupy tańczyły obok siebie, spoglądały na siebie z zaciekawieniem, ale żadna ze stron nie miała odwagi przełamać tego kulturowego impasu. Biali z jednej, żółci z drugiej strony. Jak dwa odmienne gatunki ludzi, przedstawiciele dwóch obcych sobie cywilizacji. I pewnie tak by zostało całą noc gdyby do akcji nie wkroczył Stefan. Ostrożnie acz z rozbrajającym uśmiechem przyłączył się do grupy azjatyckiej. Od razu swoje spojrzenie skierował na najpiękniejszą Chinkę o twarzy anioła i figurze modelki. Nie minęła minuta gdy tańczyli już razem. Stefan trzymał ją delikatnie za kibić i spoglądał głęboko w oczy uśmiechając się przy tym lekko. Nazywała się Aisza, jak mi później powiedział. Wszyscy się rozstąpili, cała sala wstrzymała oddech. Oto następowała historyczna chwila, gdy biały połączył się z żółtą. Dwie rasy złączyły się w jedną. Wszyscy ekspaci spoglądali na nich z mieszaniną podziwu i zazdrości. A Stefan czuł się jak młody bóg. Wielki odkrywca i animator zbliżenia dwóch światów. Samiec alfa i omega. Tak jakby dokonywał kulturowego przełomu co najmniej na miarę wyboru pierwszego czarnoskórego prezydenta  Ameryki. Ile bym dam, żeby się z nim w tym momencie zamienić. Stefan był po prostu wielki.

Ale szczęście Stefana nie trwało długo. To co było jego zaletą, przyniosło mu także zgubę. Chciał ją mieć zbyt szybko i zbyt łatwo. Chciał ją mieć zaraz, tu i teraz. A przecież to była Chinka, przedstawicielka innej rasy o zupełnie innej mentalności. Przycisnął ją zbyt blisko i zbyt mocno do siebie. Chińska piękność nagle odsunęła się i uciekła z powrotem do swoich znajomych zostawiając Stefana samego na parkiecie. Jego mina wyrażała najwyższe zdumienie oraz nieopisany żal i smutek. Spadł z piedestału prosto w otchłań nicości. Był znowu tym samym Stefanem, kolejnym przedstawicielem zachodniej cywilizacji, jednym z wielu. A jego wybranka zniknęła w gąszczu ludzkich ciał, znów nieosiągalna dla zwykłego śmiertelnika z Zachodu. Jej imię miało pozostać na zawsze w jego pamięci jako symbol egzotycznego i niezdobytego piękna. Stefan usiadł przygnębiony i zamówił kolejną wódkę z lodem i cytryną. Jego oczy ponownie spoglądały na parkiet, tym razem było to jednak spojrzenie puste i bez wyrazu. Coś w nim pękło. Do końca nocy był jakby przybity, jego oczy zgasłe, a uśmiech wymuszony. Pożegnaliśmy się nad ranem i nigdy więcej go nie zobaczyłem. Zniknął z mojego życia tak samo nagle jak się pojawił. Lecz wspomnienie o nim wciąż żyje w mojej pamięci. I mam przeczucie, że jeszcze kiedyś się spotkamy.

08:05, bartolomeos.pl
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7